Uncategorized

Urban Decay Eyeshadow Primer Potion Original / Baza Pod Cienie / Recenzja

Zdarza mi się jeszcze słyszeć od koleżanek, że nie wiedzą o istnieniu bazy pod cienie, albo dowiedziały się o tym stosunkowo niedawno. Pod recenzjami innych baz także czytałam komentarze, że część z Was co prawda o bazach coś wie, ale ich nie stosuje. I moje pytanie: „Why?” Moje życie dość się zmieniło po tym cudownym odkryciu. Swoją przygodę z bazami zaczęłam od Inglota, później niewypał Virtuala, kultowa Art Deco, nieco gorsza Kobo. Ale baza pod cienie to podstawa mojego makijażu, nawet tego codziennego. 
Odkąd śledzę blogosferę i oglądam YouTube to marzyłam o zdobyciu chyba najsłynniejszej już bazy jaką jest Urban Decay Primer Potion. Dość długo na nią czekałam, ponieważ dostępność w Polsce była dosyć ograniczona. Jedynym zaufanym źródłem od zeszłego roku marki Urban Decay jest Sephora, i to też chyba tylko online, bo stacjonarnie nie wszędzie. Primer Potion jest często podrabiana, więc jednak nie polecałabym kupowania jej na popularnych serwisach aukcyjnych. 
Ja swój egzemplarz dostałam jako prezent od męża, który bardzo mnie zaskoczył tym prezentem.
Urban Decay Eyeshadow Primer Potion Original - baza pod cienie
Ja posiadam nową wersję (ale nie najnowszą) tej bazy, czyli tą „z dziubkiem” a nie z aplikatorem. Najnowsza wersja to kombinacja starej i nowej, czyli wyciskana tubka oraz aplikator. Wersja, którą posiadam, jest o wiele bardziej praktyczna, ponieważ możemy lepiej dozować ilość nabieranego produktu. Opakowanie jest bardziej higieniczne, nie dostarczamy do środka bakterii. Zdecydowanie dzięki temu nowemu opakowaniu baza Urban Decay na dłużej wystarcza. Nie dość, że ślicznie wygląda to jest to najwygodniejsza forma (nie cierpię tych baz w słoiczkach). Wersja pełnowymiarowa zawiera 11 ml produktu. Cena jest dosyć wysoka – 90 zł, ale niestety najnowsza wersja podrożała i kosztuje już 99 zł. Zapach tej bazy jest niewyczuwalny. Jeśli chodzi o kolor to dostępne są cztery warianty: Orginal – kolor beżowy, ale na powiekach transparentny, Eden, która może sprawdzić się także jako korektor, Minor Sin z drobinkami oraz wersja Anti-Aging. 

To co wyróżnia tą bazę od innych baz, jest na pewno konsystencja, ponieważ nie jest zbyt gęsta, łatwo się ją wydobywa, nie zasycha. Konsystencja jest lekka, kremowo – silikonowa, dlatego łatwo się aplikuje. Niestety minusem przy aplikacji, jest fakt, że szybko wysycha na powiece, a wtedy nieco trudniej aplikuje mi się cień. 

DZIAŁANIE URBAN DECAY EYESHADOW PRIMER POTION ORIGINAL

To co dla mnie najważniejsze jest podczas używania tej bazy pod cienie, to fakt, że cienie mają ładniejszy, mocniejszy, intensywniejszy kolor. Nawet najtańsze, matowe cienie nabierają koloru. Wytrzymują zdecydowanie dłużej na powiece oraz nie rolują się w załamaniu powieki. Wystarczy odrobina produktu, aby nałożyć go na całą powiekę. Ważne, aby to była cieniutka warstwa, ponieważ zbyt gruba, może się rolować i utrudniać nakładanie cieni. Na samym początku trzeba wyczuć odpowiednią ilość oraz moment nakładania cieni. Czasem, gdy łzawi mi oko, wtedy niestety baza ta nie sprawdza się i cień lekko się roluje. To co wyróżnia bazę Urban Decay na tle innych jest konsystencja, wygodne opakowanie i mega wydajność. Jak dla mnie sława tej bazy jest jak najbardziej zasłużona, bo do tej pory nie używałam lepszej bazy. Mam jeszcze w zapasie opakowanie Art Deco, ale zapewne wrócę niejednokrotnie do Primer Potion. Jako ciekawostkę chciałabym dodać, że kosmetyki Urban Decay nie są testowane na zwierzętach. Cena tego kosmetyku może odstraszać, ale ja wolę zainwestować 100 zł i mieć mega wydajny i pewny kosmetyk, niż szukać ideału i kupować w tym czasie sporo innych, tańszych kosmetyków.
A Twoim zdaniem, która baza pod cienie zasługuje na miano kultowej?

Jeśli spodobał Ci się ten tekst zapisz się proszę do  Newslettera. Ciekawe inspiracje znajdziesz też na fanpage na Facebooku oraz na Bloglovin. Bądź na bieżąco!