Uncategorized

Dokąd zmierzasz blogosfero? czyli 6 lat mojego bloga

Mam sześcioletnie doświadczenie w prowadzeniu bloga, milion wzlotów i upadków na koncie. Dla kilku anonimowych hejterów mam złą wiadomość – będę pisać dalej. Jednak trochę pogubiłam się w tym internetowym świecie i chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Czasem wątpię w to czy to ma jednak sens? Czy zmierza w dobrym kierunku?

Moje początki, moje oczekiwania

6 lat temu, ni stąd ni zowąd postanowiłam prowadzić blog. Na samym początku totalnie nie wiedziałam, co i jak będę pisać, ale wiedziałam, że głównym tematem będą kosmetyki. Cholernie chciałam prowadzić „projekt denko”, aby motywować się do zużywania rozpoczętych kosmetyków. Lubiłam także pisać o kosmetykach, które w danym miesiącu kupiłam, i jak zwykle gdy przychodziło do robienia zdjęć, dopiero wtedy uświadamiałam sobie jak dużo ich znowu mam. Wtedy byłam zauroczona vlogosferą, ale totalnie nie miałam odwagi do samodzielnego kręcenia filmów. Blog miał być moją odskocznią, sposobem na spędzaniem wolnego czasu, hobby. 6 lat temu nie miałam pobudek typowo zarobkowych (teraz też nie, ale kto by nie chciał siedzieć w domu, a hajs zarabiałby się sam?). W ciągu tych 6 lat nie zrobiłam kariery blogowej, nie rzuciłam pracy w korpo, nie wyjechałam w Bieszczady i nie zaczęłam pisać codziennie rano do Was pięknych tekstów o szmince Chanel przy sojowym latte. Mimo, że blog „addicted to cosmetics” liczy sobie 6 lat, (więcej niż ma moja córka) to nadal brakuje mi śmiałości, aby chwalić się nim przed znajomymi. To mój mąż bez ogródek wśród jego znajomych mówi o moim blogu, a ja ciągle mam mieszane uczucia, nadal boję się, o to, co inni powiedzą. Gdzieś w międzyczasie pogubiłam się, zaczęłam zmieniać swoje nastawienie i oczekiwania w stosunku do mojej działalności w internetowym świecie. Nie raz chciałam rzucić to wszystko i przestać pisać. 

Liczą się tylko wybrani?

Powodem do blogowego zniechęcenia są „blogi idealne”. Na których wiecznie są piękne zdjęcia, idealnie pomalowane paznokcie, perfekcyjny makijaż i mąż, który nigdy nie narzeka, że znowu kupiłaś sobie kolejną szminkę, której i tak nigdy nie użyjesz. Gdy wchodziłam na taki blog jeden czy drugi od razu poziom mojej depresji był równy Rowowi Mariańskiemu. Nie dość, że te blogerki mogły poszczycić się płatnymi współpracami, to jeszcze miały czas na wszystko. Na szczęście z czasem nabrałam mocnego dystansu do tego co w blogosferze piszczy. Nadal mam pewny żal do siebie, że nie miałam więcej odwagi wcześniej, że nie wierzyłam w siebie i nie miałam ochoty wyskakiwać innym z lodówki. Teraz szanse na stanie się popularnym są już coraz cięższe, bo blogosfera się przejadła. A pewnie to dlatego, że ktoś kiedyś napisał w książce „publikuj regularnie”. I tak wszyscy czy mieli coś do powiedzenia czy nie klepali ciągle w klawiaturę to samo, byle ilość tekstów się zgadzała. Wyjadacze ciągle powtarzają, że „content is the king”, a mimo to znam świetne blogi, z dobrym tekstem, a które nadal są totalnie niepopularne. Ale trudnie nie zauważyć, że są także takie blogi na których „content” jest miejscem do wklejenia dowolnej reklamy. Popularność sporej części blogów to nie tylko ciężka praca ich autorów, ale także dzieło zupełnego przypadku. Ktoś kiedyś coś kliknął i zalał tym cały internet. Z racji, że obecnie chyba każdy pisze bloga i każdy chce być Influencerem, to coraz częściej rezygnujemy ze świata internetowego, bo tylko blogerzy czytają blogi. 

Świat idealny

Blogerzy wykreowali idealny świat, piękne biało-szare wnętrza (i chuj że lubię beżowy), kawkę codziennie rano w wyprasowanej pościeli, dzieci w czystych ubrankach, a mąż co drugi dzień na siłowni. Zdjęcia na Instagramie coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, to co kiedyś drażniło nas w reklamach i telewizji, sami wrzuciliśmy do Internetu. Kiedyś było swojsko, jak u najlepszej kumpeli z liceum na kawce, teraz wszystko bezglutenowe, wegańskie i bez parabenów. Wszyscy wrzucają owsiankę na śniadanie, a w Święto Pizzy wszyscy jak jeden mąż zamawiają placek z pierwszej lepszej speluny. Nie mam nic przeciwko reklamom, współpracom, ale kiedyś wiedziałam, że dany produkt był przez blogera czy blogerkę używany, nawet jeśli był darem losu. Teraz nowość goni nowość, na zdjęciu produkt niemacany, a tekst niczym nie różni się od tego redakcyjnego z Cosmopolitana czy innego Glamour. Autorzy blogów przestali być wiarygodni, i chyba nie ze względu na pokazywanie PR-owych przesyłek, a za to, że zdjęcia i mnogość produktów zaczęła być oderwana od rzeczywistości. Sama złapałam się na tym, że poczułam się zmęczona rzeczami, zakupami i wszędzie otaczającymi mnie reklamami. Mimo, że wiem jak wyglądają kulisy zdjęć na bloga, to przesiadując dłużej na Instagramie sama poczułam się gorzej, ja dorosła kobieta zaczęłam porównywać się z innymi. Blogi miały służyć motywacji, a nie demotywacji! A co mają powiedzieć dzieci, nastolatkowie, którzy jeszcze nie wiedzą jak rzeczywistość w dorosłym świecie wygląda? Nie sądzę, by nastolatka zdawała sobie sprawę ile pracy kosztuje takie „minimalne” zdjęcie. A te piękne „momenty” trwają dobre 3 godziny. Wcale nie dziwię się, że ogromna popularnością cieszą się Instastories, w nich ciężko coś wyreżyserować, często w Instastories dziewczyny pokazują się bez mejkapu, pokazują jadalne jedzenie, więcej realnego życia. Tego brakuje mi na blogach. Jestem przekonana, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego jak wielki wpływ ma na inne osoby. Są osoby, które ślepo podążają za trendami, zwłaszcza młode osoby. Napędzamy siebie nawzajem, zachęcając do kupna coraz to większej ilości rzeczy, mimo, iż wielu z nich totalnie nie potrzebujemy.

Autentyczność

Choć wiem, że zabrzmi to jak banał, bo z pasji to i w branży porno można pracować, to napiszę, że zakładałam bloga z pasji, z pasji do kosmetyków i pisania. Nie jestem idealna, mam na koncie sporo blogowych faux pas. Cały czas jednak chcę pozostać autentyczna. Nie chcę spędzać nad robieniem zdjęć na bloga kilku godzin. Nie potrzebuje w domu studia fotograficznego z soft boxami, jestem tylko blogerką, a nie zawodowym fotografem. Zwykłe życie też może być piękne. Przestało mieć dla mnie sens także kupowanie rzeczy tylko do zdjęć. Bo czym różni się ustawiane zdjęcie na Instagrama czy bloga od retuszu zdjęcia modelki do kampanii reklamowej? Chciałabym powrócić do czasów, kiedy w Internecie były użyteczne treści, kiedy blogerzy byli opiniotwórczy, a nie copywriterami piszącymi tylko na zlecenie. Blogowanie jest czaso- i pracochłonne, daje mnóstwo satysfakcji, ale też frustrujące, bo miał być tekst o eyelinerach, a kreska do zdjęć znowu (kurwa!) nie wyszła.
I choć czytelniczka pewnie tego pragnie, iluzji, potwierdzenia, że tak, może kupić sobie kolejną szminkę Nabla oraz rozświetlacz Becca, bo wtedy jej życie będzie piękniejsze, mimo, iż nie ma kasy na ratę kredytu, to jednak wolę wrzucać nieidealne zdjęcia, bez miliona nieużytecznych gadżetów i nowości z Sephory. Tak, jestem uzależniona od kosmetyków, ale co z tego, gdy wiem, że użyję je tylko kilka razy zanim minie termin przydatności. To kosmetyki służą mnie, a nie ja kosmetykom. Chciałabym wziąć odpowiedzialność za swoje słowa i udowodnić, że naprawdę można być szczęśliwym nieposiadając najnowszej palety Anastasia Beverly Hills i że mogę spać, mimo, że korektor Makeup Revolution nadal jest w sklepach niedostępny. Chcę przemóc się i wrzucać nieidealne zdjęcia w moich selfiakach, najwyżej dostane komentarz, że nie potrafię malować rzęs (bo nie mam już sił do moich krótkich nóżek pajączka). Kiedyś na blogach pokazywało się prawdę, czyli reklama swoje, a życie swoje. 
A jak jest teraz? Dokąd zmierza blogosfera?